glasses – Eyebuydirect  / cardigan – Jing / bag – Marc Jacobs

Jak zapewne wiecie, sześć miesięcy temu pojawił się w moim życiu mały kudłaty czworonożny przyjaciel o imieniu Chewie. Z racji tego, że dosyć dużo podróżuję (i przemierzam trasę transatlantycką przynajmniej kilka razy w roku), długo zastanawiałam się, czy pies przy moim trybie życia jest dobrą decyzją. Chewie pojawił się jednak w moim życiu raczej znienacka, więc moje wątpliwości szybko się ulotniły, kiedy tylko zobaczyłam jego małą mordkę. I tak właśnie Chewie został “skazany” na los psa podróżnika.

 

Oczywiście, pierwszy lot, który przyszedł mi do głowy, to lot do Polski. Nie byłam pewna, czy to dobra decyzja, bo przecież Polska daleko i loty są zawsze z przesiadkami. Postanowiłam, że Chewiego będę zabierać ze sobą w ramach możliwości i rozsądku (tzn na wyjazdy luźne, niezwiązane w ogóle z pracą), trzeba było tylko zrobić mu małą “jazdę próbną” i zobaczyć, czy szczeniaczek w ogóle radzi sobie z takimi eskapadami. Tak się akurat składało, że w listopadzie leciałam na kilka dni do Nowego Jorku, co idealnie się złożyło, bo pogoda jest zbliżona do tej polskiej, a długość lotu to ½ wyprawy do Polski – czyli nie aż tak długo, ale wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak piesek reaguje na loty długodystansowe. Skracając już całą historię – Chewie przespał dosłownie cały lot. Jakby nie było psa. Droga powrotna do LA upłynęła w takiej samej dobrej atmosferze – tym razem jednak były dwie przerwy na psie przysmaki, po których Chewie zamykał znowu oczy i odpływał w błogi sen. Po tej wyprawie postanowiłam, że w Święta, zawitam do Polski z czwornożnych przyjacielem.

 

I tu przechodzę do sedna dzisiejszego wpisu. Dostałam dużo pytań na temat latania z i do USA z pieskiem – pytaliście, jakice dokumenty są potrzebne, gdzie pies ma się załatwiać podczas podróży, czy latam z psem w kabinie…Postanowiłam, że spiszę wszystko, co przychodzi mi do głowy na ten temat, bo przed pierwszym lotem, sama byłam strasznie zdezorientowana  i nie wiedziałam, w co pierwsze ręce włożyć. I od razu też szybko odopowiadam (bo nie potrzeba na to całego paragrafu), że z Chewiem lata tylko ze mną w kabinie (jestem przeciwna zamykaniu zwierząt w lukach bagażowych).  A więc zaczynajmy!

FORMALNOŚCI

 

Lecąc z USA do Polski, potrzebowałam zaświadczenia od weterynarza o stanie zdrowia pieska, potwierdzenia, że został on zaszczepiony na wściekliznę oraz tego, że ma microchip. Te wszystkie dokumenty musiałam zdobyć nie wcześniej niż 10 dni przed samym wylotem (co sprawia, że wyjazd jest jeszcze 10 razy bardziej stresujący), a następnie wysłać je do urzędu USDA (United States Department of Agliculture) kurierem 24h oraz załączyć naklejkę zwrotną na przesyłkę również 24h. USDA zazwyczaj podbija nasze papiery w przeciągu dwóch dni i następnie odsyła używając naklejki, którą wcześniej załączyliśmy. Wszystkie te dokumenty miałam przy sobie w torebce podczas całej podróży samolotem – wolałam uniknąć sytuacji, w której w panice wysypuję zawartość całej walizki na środku lotniska w poszukiwaniu jednej kartki papieru. O to dokumenty zapytano mnie jednak tylko na lotnisku w Los Angeles. Nikt nie zwrócił uwagi na mojego psa ani w Amesterdamie (gdzie miałam pięciogodzinną przesiadkę), ani tuż po wylądowaniu w Krakowie. I tak się zastanawiam, czy po prostu taka jest procedura, czy Chewie jest tak mały, że nikt go nie zauważył…

 

LOTNISKO

 

Powiem szczerze, że pobyt na samym lotnisku przebiegł chyba najgorzej z samej podróży. Duża ilość dźwięków, zapachów, tłumy ludzi, sprawiały, że Chewie wpadał w mały szał i chciał się przywitać z każdą osobą na lotnisku (taki z niego przyjacielski pies). Nasza przesiadka w Amsterdamie była pięciogodzinnym piekłem na Ziemii – Chewie nie przespał ani minuty, cały czas mu coś nie pasowało, biegał w każde strony świata, a kiedy próbowałam go ułożyć w jego torbie podróżnej, szybko się sprzeciwiał. Szybko wyciągnęłam wnioski po tej katastrofie i w drodze powrtonej do LA sytuacja na lotnisku miała się inaczej. Wybrałam lot z dwugodzinnym transitem (a nie pięcio….), uzbroiłam się w masę smakołyków dla Chewiego i DUŻO z nim spacerowałam po całym lotnisku.

W SAMOLOCIE

 

Tak jak napisałam wcześniej, Chewie jest istnym aniołkiem w samolocie. Usypia w przeciągu kilku minut i śpi z małymi przerwami na jedzenie do końca lotu. Pierwsza rzecz, którą robię, po wejściu do samolotu, to zapytanie pasażerów obok, czy mają alergię na psy. Lepiej od razu się zorientować i ewentualnie zmienić miejsce niż potem taszczyć się z tabułami rzeczy po starcie. Następnie – torba. Mam dla niego specjalną torbę podróżną, która jest wyścielona wygodnym materiałem, na to nakładam jego ulubiony kocyk (nie myję go przed podróżą, żeby pies czuł znajomy domowy zapach = czuł się bezpiecznie) i wsadzam zabawkę. Torbę stawiam na ziemii pomiędzy moimi nogami i odpinam górną część siateczki, żeby Chewie mógł widzieć, że jestem tuż nad nim. Niektóre linie lotnicze nie pozwalają trzymać psa na kolanach, więc taka torba jest dobrym rozwiązaniem i wydaje mi się, że jest całkiem wygodna dla psa.

Do torby mam przypięte malutkie składane dwie miseczki – gdyby pies zgłodniał czy zachciało mu się pić. Oprócz tego, w kieszonce torby, mam małe torebki z przysmakami i karmą i…maty higieniczne. Zagadka “i jak tu wysikać psa w podróży” rozwiązana! Maty higieniczne wykorzystywałam trenując sikanie Chewiego w domu, ale sprawdzają się też idealnie w podróży. Można je rozłożyć i w samolotowej łazience (a następnie złożyć i wsadzić do pojemnika do śmieci, nie do toalety!) i w kabinie w łazience na lotnisku. Takie maty można dostać w sklepie zoologicznym, ale tańszą opcję oferują apteki!

Latanie z psiakiem, nie jest tak straszne, jak by się mogło wydawać. Wiem jednak, że mam dużo szczęścia, bo Chewie kompletnie nie ma problemu z podróżowaniem, a nawet jest mu całkiem obojętne…Ale ile radości było w Krakowie! Za każdym razem zatrzymuję się u mojej Babci, a tam (może pamiętacie) jest nasz rodzinny pies Maja! Oj…ciężkie były początki. Maja swoje lata już ma i za bardzo uśmiechało jej się dzielenie z domu z szcześciomiesięcznym rozbrykanym kudłatym szczeniakiem. Było więc warczenie i obchodzenie Chewiego szerokim łukim. Po kilku dniach, nienawiść jednak przerodziła się w miłość (dobre mają tempo) i dwa pieski spały koło siebie, bawili się razem zabawkami, ba! Maja nawet oddała swoje posłanie Chewiemu, żeby mógł sobie drzemać w ciągu dnia. A ile zabawy było w śniegu! Powrót do LA był trudny, ale wrócimy  już niedługo!

Share:

10 Comments

  1. plpolly
    January 26, 2019 / 10:17 am

    Super, że wracasz z regularnym blogowaniem. Świetny post! x

    • weronika
      Author
      January 26, 2019 / 11:15 am

      dziękuję <3

  2. Wiktoria
    January 26, 2019 / 10:45 am

    Przepiękne zdjęcia 😉 Zastanawiam się gdzie kupiłaś te okulary ? śliczne są i bardzo ci pasują

    • weronika
      Author
      January 26, 2019 / 10:56 am

      Dziękuję bardzo <3 Właśnie mi jedna obserwatorka przypomniała (bo ja sama nawet nie pamiętałam), że oprawki z są z Eyebuydirect kupione jakieś 3 lata temu! Kupiłam je za 10 dolarów i zaniosłam do optyka w Polsce, żeby wymienić szkła :))

  3. Mona
    January 26, 2019 / 10:28 pm

    Super, że wróciłaś!!! Liczę, że kiedyś zorganizujesz spotkanie w realu 🙂

  4. Ola
    January 27, 2019 / 3:16 am

    Super post <3 Z niecierpliwością czekam na więcej! :)) <3

  5. January 27, 2019 / 9:06 am

    Świetne rady! 🙂 Poza tym, urocze zdjęcia. Przy okazji, w oko wpadł mi Twój kardigan i okulary.

  6. Kryss
    January 27, 2019 / 1:51 pm

    Chciałabym mieć pieska, ale boję się, że nie będę miała tyle szczęścia jak Ty z Chewie. Zazdroszczę, jest słodki!

  7. KKZ
    January 28, 2019 / 1:42 pm

    Czy mogłabyś wrzucić link do torby dla psa do podróży? Jestem na etapie wyboru, będę lecieć z Maltipoo z Warszawy do San Fran 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.